Czym się zajmujemy?
Zapewniamy stałą, bieżącą obsługę prawną firm — od opiniowania umów i regulaminów, przez doradztwo korporacyjne, aż po wsparcie w codziennych decyzjach biznesowych.
Chronimy majątek spółki oraz osobisty majątek członków zarządu przed ryzykiem odpowiedzialności cywilnej i karnej. Minimalizujemy ekspozycję na roszczenia osób trzecich.
Reprezentujemy przedsiębiorców przed sądami powszechnymi i arbitrażowymi. Prowadzimy sprawy gospodarcze, pracownicze i administracyjne — skutecznie i z pełnym zaangażowaniem.
Najważniejsze pytanie
Coraz większa liczba obowiązków regulacyjnych i narastająca liczba sporów z kontrahentami czy klientami sprawiają, że działanie „dopiero, gdy pojawi się problem” jest dziś zbyt ryzykowne. Prewencja prawna pozwala wcześniej wychwycić zagrożenia, ograniczyć straty finansowe, a finalnie uniknąć kosztownych sporów, zanim te realnie zagrożą firmie.
Konkretnie
Zapobiegamy finansowym skutkom wynikającym z błędnej lub niekorzystnej konstrukcji umów.
Efektywnie ściągamy należności oraz zabezpieczamy przed ukrywaniem majątku przez dłużnika.
Zapobieganie sporom, eskalacji konfliktów, a w razie potrzeby reprezentujemy klienta w Sądzie.
Zabezpieczamy Twoją firmę przed ryzykiem finansowym wynikającym z kontraktów pracowniczych i biznesowych.
Zabezpieczamy przed wyłudzeniami i pozwami wynikającymi z luk prawnych i błędów, zaniedba.
Zapobiegamy i rozwiązujemy konflikty zanim ujrzą światło dzienne i zrujnują wizerunek.
Zabezpieczamy Twoją firmę przed ryzykiem finansowym wynikającym z kontraktów pracowniczych i biznesowych.
Zabezpieczamy przed wyłudzeniami i pozwami wynikającymi z luk prawnych i błędów, zaniedba.
Chronimy przed wyłudzeniami oraz przejęciem majątku przez wierzycieli.
Czyli za co płacisz już teraz, a za co zapłacisz w przyszłości?
Dobrze zaprojektowane i wdrożone środowisko prawne, to polisa ubezpieczeniowa, która chroni przed milionowymi stratami.
Pytanie nie brzmi "czy zapłacisz prawnikowi", lecz kiedy to zrobisz i ile możesz zaoszczędzić.
mec. Maciej Sawiński
Kompleksowa oferta
W jakich specjalizacjach nie mamy sobie równych
O Nas
Łączymy zalety dużych kancelarii z brakiem ich wad.
Nie komplikujemy spraw, tylko wdrażamy rozwiązania, które mają sens prawny, biznesowy i finansowy.
Klienci cenią nas za skuteczność, uczciwe zasady współpracy, zaangażowanie oraz spokój.
Nie boimy się niekonwencjonalnych rozwiązań, jeśli wiemy, że działają na korzyść klienta.
Gwarantujemy osobisty kontakt, bez udziału asystentów i aplikantów.
Powszechnie przyjętą praktyką jest korzystanie ze wzorów umów. To, co sprawdzało się kiedyś, nie musi być jednak działać równie dobrze dzisiaj. Prawo i jego interpretacja podlegają nieustannym zmianom. Długie, bardzo skomplikowane umowy są często wynikiem posługiwania się wzorami, stworzonymi w ramach systemów common law, które bardzo odbiegają od tradycji kontynentalnej. Cały czas, zwłaszcza wśród klientów korporacyjnych, pokutuje przekonanie, że długi, skomplikowany wzór, obejmujący słowniczek definicji daje nam gwarancję profesjonalnej umowy, bo wygląda profesjonalnie. Tymczasem wzór nieadekwatny do sytuacji skutkuje niejasnością umowy.
Właśnie z taką sytuacją musiał zmierzyć jeden z moich klientów. Przez użycie wzoru, którego postanowienia nie były zgodne z tym, na czym faktycznie miała polegać umowa, został pozwany o zapłatę wysokiej kwoty.
Reprezentowałem spółkę, która chciała skorzystać z wiedzy eksperta z zakresu nowych technologii. Przedmiotem umowy było świadczenie konsultanta IT na rzecz spółki, polegających na:
Z tytułu wykonywania tych zadań, nazwanych zbiorczo „Usługami”, konsultantowi przysługiwało stałe wynagrodzenie.
Poza zasadniczym wynagrodzeniem Strony przewidziały również możliwość przyznania Powodowi wynagrodzenia dodatkowego „za skuteczną realizację powierzonych zadań w wysokości 30% wynagrodzenia stałego za każdy pełny miesiąc kalendarzowy świadczenia Usługi. Dodatkowe wynagrodzenie będzie rozliczane w okresach półrocznych na podstawie odbioru prac zapisanych w dokumencie dodatkowe zadania”.
Po rozwiązaniu umowy konsultant pozwał spółkę o zapłatę dodatkowego wynagrodzenia w wysokości 30% sumy tego, co już dostał na podstawie umowy.
Udało mi się przekonać sąd, że dodatkowe wynagrodzenie nie należało mu się za należyte wykonanie podstawowych usług, a jedynie za dodatkowe zadania o charakterze dzieła, tj. zmierzające do osiągnięcia konkretnego, weryfikowalnego rezultatu, który da się ocenić i odebrać. Skoro nie przedstawił żadnych dokumentów dot. odbioru dodatkowych zadań, to brak było podstaw do zapłaty dodatkowego wynagrodzenia.
Cały spór wyniknął z posłużenia się wzorem umowy, zawierającym nieadekwatne postanowienia. Umowa dotyczyła doradztwa, tj. usług, których miernikiem jest należyta staranność, a nie konkretny rezultat. Dodatkowe wynagrodzenie za osiągnięcie konkretnych efektów zupełnie więc do niej nie pasowało. Zbędne postanowienia dały jednak drugiej stronie podstawę do żądania dużych pieniędzy już po rozwiązaniu umowy, ze względu na to, że w trakcie jej obowiązywania nie było zastrzeżeń co do jakości wykonania umowy, a zatem zadania były wykonywane skutecznie.
Klient kancelarii prowadzi działalność transportową. Jego pracownik wykonywał transport na trasie Polska–Belgia. Na terytorium Niemiec kierowca musiał wykonać obowiązkową przerwę wynikającą ze wskazań tachografu. Podczas postoju w zaparkowany samochód naszego klienta uderzył inny samochód. Nic nie byłoby w tym niezwykłego, gdyby nie międzynarodowa kombinacja podmiotowa. Sprawcą kolizji był obywatel Słowacji, a pojazd, którym się poruszał, stanowił ciągnik siodłowy z naczepą, przy czym ciągnik został zarejestrowany na Słowacji, z kolei naczepa w Czechach. Ciągnik oraz naczepa posiadały ważne ubezpieczenie od odpowiedzialności cywilnej (OC) wykupione w swoich krajach rejestracji u dwóch różnych ubezpieczycieli. Klient zwrócił się do nas z prośbą o pomoc w dochodzeniu odszkodowania z tytułu uszkodzenia pojazdu.
Zgodnie z przepisami unijnymi, wprowadzającymi częściowe ujednolicenie zasad odpowiedzialności z tytułu szkód komunikacyjnych oraz zgodnie z orzecznictwem Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, w przypadku szkody wyrządzonej przez pojazd silnikowy (ciągnik siodłowy), do którego podłączony był pojazd nieposiadający samodzielnego silnika (naczepa), za szkodę spowodowaną przez taki zespół pojazdów odpowiada posiadacz ciągnika siodłowego.
Ustalenie podmiotu odpowiedzialnego pozwoliło kancelarii skierować pozew o zapłatę przeciwko ubezpieczycielowi ciągnika siodłowego.
W związku z faktem, że ubezpieczyciel ciągnika siodłowego posiada swoją siedzibę na terytorium Słowacji, tj. państwa członkowskiego Unii Europejskiej, właściwe przepisy pozwoliły na skierowanie roszczeń naszego klienta do tzw. reprezentanta do spraw roszczeń. Z przepisów unijnych wynika bowiem obowiązek, by każdy ubezpieczyciel działający na terytorium danego państwa Unii Europejskiej, posiadał swojego reprezentanta na terytorium każdego państwa członkowskiego Unii Europejskiej. Reprezentant ten działa w imieniu zagranicznego ubezpieczyciela, tj. prowadzi postępowanie likwidacyjne oraz wydaje decyzje o wypłacie bądź odmowie wypłaty odszkodowania.
W związku z istnieniem takiej możliwości, działając w imieniu naszego klienta, skierowaliśmy żądanie zapłaty wprost do polskiego reprezentanta do spraw roszczeń słowackiego ubezpieczyciela ciągnika siodłowego.
Pomimo przeprowadzenia przez reprezentanta do spraw roszczeń postępowania likwidacyjnego oraz wypłaty bezspornego odszkodowania, klient nie był usatysfakcjonowany wysokością szkody obliczoną i wypłaconą przez ubezpieczyciela, co skutkowało złożeniem przez kancelarię pozwu o zapłatę.
W wyniku przeprowadzonego przed sądem dowodu z opinii biegłego ustalono, że rzeczywista szkoda poniesiona przez naszego klienta wynosiła sumę trzykrotnie większą, niż ustalił to ubezpieczyciel i taką też kwotę sąd zasądził na rzecz naszego klienta.
Temat rekompensaty za koszty odzyskiwania należności na podstawie art. 10 ustawy z dnia 8 marca 2013 r. o przeciwdziałaniu nadmiernym opóźnieniom w transakcjach handlowych był już omawiany na naszym blogu. Jeżeli jeszcze go nie przeczytałeś – kliknij tutaj. A jak kwestia ta wygląda w praktyce? Tego dowiesz się z dzisiejszego case study.
Do kancelarii zgłosili się przedstawiciele spółki z branży górniczej. Poszukiwali sposobu na zdyscyplinowanie problematycznego kontrahenta, który wprawdzie opłacał wystawiane mu faktury, lecz notorycznie robił to z kilku lub kilkunastodniowym opóźnieniem. Zaproponowaliśmy zatem wystąpienie z powództwem opartym na regulacjach ustawy z dnia 8 marca 2013 r. o przeciwdziałaniu nadmiernym opóźnieniom w transakcjach handlowych. Faktury wystawiane przez naszego klienta opiewały na kwoty od kilku do kilkunastu tysięcy złotych, a co za tym idzie, za każde opóźnienie obciążyliśmy naszego przeciwnika opłatą w wysokości 40 lub 70 euro. Ponadto w ramach tego samego pozwu dochodziliśmy także skapitalizowanych odsetek za opóźnienie w transakcjach handlowych, co ostatecznie dało całkiem sporą sumę.
Sąd pierwszej instancji wydał nakaz zapłaty w postępowaniu upominawczym, który jednakże został zaskarżony sprzeciwem pozwanej spółki. Pozwana podnosiła, że opóźnienia są wynikiem jej wewnętrznych regulacji związanych z obiegiem korespondencji, które powodują, że pomiędzy otrzymaniem faktury, a jej zapłaceniem może minąć kilka dni. Pozwana twierdziła także, że Powód nie zawsze upominał się o zapłatę, a co za tym idzie, nie podejmował żadnych działań zmierzających do odzyskania należności oraz nie poniósł żadnych kosztów z tym związanych – a przecież ostatecznie i tak otrzymywał należne mu wynagrodzenie. W końcu Pozwana uznała, że żądanie wynagrodzenia za zaledwie kilkudniowe opóźnienie jest sprzeczne z zasadami współżycia społecznego.
Broniliśmy zasadności naszego pozwu, podnosząc m.in., że kwestie związane z wewnętrznym obiegiem korespondencji w spółce nie mają żadnego znaczenia w kontekście terminu na wykonanie zobowiązania. Wskazaliśmy także, że roszczenie o rekompensatę powstaje samoczynnie z dniem nabycia przez wierzyciela uprawnień do dochodzenia odsetek oraz jest niezależne od podjęcia przez wierzyciela jakichkolwiek działań zmierzających do odzyskania należności, poniesienia lub nie kosztów z tym związanych, czy wreszcie opłacenia wystawionej faktury. Finalnie zwróciliśmy uwagę, że kwota rekompensaty jest stała i nie ma znaczenia, ani wysokość zobowiązania głównego, ani czas, po którym zostało uregulowane.
Sąd podzielił nasze stanowisko i uwzględnił powództwo w całości. Pozwany po zapoznaniu się z uzasadnieniem wyroku, który notabene powielał naszą argumentację, zrezygnował z wnoszenia apelacji.
Dzisiejszy wpis pokazuje nam, że rekompensaty z art. 10 ustawy o przeciwdziałaniu nadmiernym opóźnieniom w transakcjach handlowych możemy dochodzić nie tylko niejako „przy okazji” dochodzenia roszczenia głównego, lecz jej żądanie może służyć jako skuteczne narzędzie dyscyplinowania problematycznych kontrahentów. Wiemy bowiem z zaufanego źródła, że partner biznesowy naszego klienta już nie zwleka z opłacaniem wystawianych mu faktur.
Do kancelarii zwrócił się klient będący prezesem zarządu spółki z ograniczoną odpowiedzialnością specjalizującej się w szeroko rozumianym doradztwie w zarządzaniu działalnością gospodarczą oraz kreowaniu wizerunku. Poinformował nas, że otrzymał
MMS-em od jednego ze wspólników zdjęcie uchwały odwołującej go z funkcji prezesa zarządu pomimo, że nigdy nie został zawiadomiony o zwołaniu Nadzwyczajnego Zgromadzenia Wspólników. Co więcej pod uchwałą znajdował się jego podpis, pomimo, że w zgromadzeniu nie brał udziału, zaś on sam nigdy nie był w posiadaniu nawet odpisu tejże uchwały.
Jak zawsze zaczęliśmy od ustalenia staniu faktycznego sprawy. Klient podejrzewał, że do sporządzenia uchwały wykorzystano jedną z pustych kartek opatrzonych jego podpisem przechowywanych w biurze do którego dostęp mieli najbliżsi wspólnicy. W elektronicznej wersji Krajowego Rejestru Sądowego nie ujawniono zmiany na stanowisku prezesa dlatego niezwłocznie skontaktowaliśmy się z właściwym sądem rejestrowym celem uzyskania wglądu i wykonania fotokopii akt – okazało się, że postępowanie rejestrowe jest w toku. W takiej sytuacji, bazując na wyroku Sądu Najwyższego z dnia 12 grudnia 2008 roku, sygnatura akt II CNP 82/08, doradziliśmy klientowi wystąpienie z powództwem o stwierdzenie nieistnienia uchwały odwołującej go z funkcji prezesa. Jak bowiem wskazał Sąd Najwyższy we wskazanym orzeczeniu uchwała wspólników jest nieistniejąca, gdy zgromadzenie wspólników zostało samorzutnie zwołane przez grupę wspólników bez zachowania wymaganej procedury, za wyjątkiem określonym w art. 240 k.s.h. – co jednak było niemożliwe wobec nieobecności Powoda będącego jednym ze wspólników.
Jednocześnie istota uchwały nieistniejącej polega na tym, że nie wywiera ona żadnych skutków prawnych, a więc w rozumieniu prawnym uznaje się, że ona nie istnieje i nie istniała nigdy (postanowienie Sądu Najwyższego z dnia 25 sierpnia 2016 roku, sygnatura akt V CSK 694/15), dlatego też tylko w ten sposób mogliśmy zapewnić klientowi najpełniejszą ochronę sprowadzającą jego sytuację prawną do stwierdzenia „nic się nie stało” (po więcej informacji o uchwałach nieistniejących odsyłam do wpisu blogowego).
Prowadzona przez naszego klienta działalność została tymczasowo sparaliżowana, a on sam znalazł się nie tylko w trudnej sytuacji prawnej, ale także finansowej. W tym miejscu musimy wspomnieć, że zgodnie z art. 29 pkt 5 ustawy o kosztach sądowych w sprawach cywilnych opłata od pozwu o ustalenie nieistnienia uchwały organu spółki wynosi 5000,00 zł. Jednocześnie, jak wskazał Sąd Najwyższy postanowieniem z dnia 22 lutego 2008 roku, sygnatura akt V CZ 142/07, jeżeli żądamy uchylenia lub stwierdzenia nieważności kilku uchwał, opłatę należy uiścić od każdej zaskarżonej uchwały. Dlatego też złożyliśmy wniosek o zwolnienie naszego klienta z obowiązku ponoszenia tej opłaty. Jednocześnie, oprócz standardowych wniosków, wystąpiliśmy w pozwie o udzielenie zabezpieczenia poprzez zawieszenie toczących się postępowań rejestrowych.
Sąd w całości uwzględnił nasze powództwo i podzielił naszą argumentację. Skutkiem powyższego był wyrok, w którym stwierdzono nieistnienie zaskarżonej uchwały oraz zasądzono na rzecz naszego klienta koszty postępowania, w tym koszty zastępstwa procesowego. Tym samym nasz klient może bez przeszkód kontynuować rozwój swojego przedsiębiorstwa, a my cieszymy się jego i naszym sukcesem.
Klient korporacyjny trafił do nas z nakazem zapłaty, w którym sąd zobowiązał go zapłacenia kilkuset tysięcy złotych za przestrzeganie zakazu konkurencji przez swojego byłego menadżera. Sytuacja była trudna, bo przeciwnik miał mocne dowody – treść umowy i innych dokumentów przemawiała przeciwko naszemu klientowi. A przynajmniej tak się wydawało. 🙂
Klauzula zakazu konkurencji w umowach z menadżerami jest od dawna rynkowym standardem. Często nawet niski szczebel w strukturze zarządzania wymaga dostępu do poufnych informacji. Nie chodzi tylko o konkretne informacje, jak np. kod źródłowy oprogramowania, algorytm wyszukiwarki, czy dokładny skład panierki do smażonego kurczaka, uwielbianej przez miliardy klientów:) Na rynkach, charakteryzujących się ostrą konkurencją unikatowy know how jest na wagę złota. Sama wiedza o organizacji firmy i jej metodach działania może być skarbem dla jej konkurentów.
Przedsiębiorcy zabezpieczają się przed takim ryzykiem, zamieszczając w kontraktach menadżerskich postanowienia o zakazie konkurencji, który obowiązuje również przez pewien czas po rozwiązaniu umowy. Były menadżer otrzymuje często sowite wynagrodzenie za niepodejmowanie pracy u konkurentów i powstrzymanie się od założenia własnej konkurencyjnej działalności.
W przypadku naszego klienta zakaz konkurencji miał obowiązywać przez rok po rozwiązaniu umowy, a były menadżer miał otrzymywać w tym czasie 100% wcześniejszego wynagrodzenia. Klient nie był zadowolony z efektów jego pracy i wypowiedział umowę, w treści wypowiedzenia zwalniając go z zakazu konkurencji.
Umowa stanowiła jednak, że klient będzie zwolniony z obowiązku zapłaty wynagrodzenia tylko wtedy, gdy po rozwiązaniu umowy strony podpiszą porozumienie o zwolnieniu byłego menadżera z obowiązku powstrzymywania się od prowadzenia działalności konkurencyjnej. Druga strona najwyraźniej nie przebierała w ofertach, bo przez cały rok nie wystąpiła do naszego klienta o zawarcie takiego porozumienia, zamiast tego przesyłając co miesiąc oświadczenie o niepodejmowaniu konkurencji wraz z fakturą.
Sytuacja klienta wydawała się beznadziejna.
Popularne przysłowie głosi, że diabeł tkwi w szczegółach. Przeciwnik naszego klienta na pewno to potwierdzi, bo musiał być diabelnie zdziwiony, gdy powództwo zostało prawomocnie oddalone. Kluczem do sukcesu okazała się treść umowy, którą uważał za gwarancję swojej wygranej.
Paragraf o zakazie konkurencji zaczynał się od stwierdzenia, że zleceniobiorca nie może bez zezwolenia zleceniodawcy prowadzić działalności konkurencyjnej. Prosta logika wskazuje więc, że może ją prowadzić, gdy ma takie zezwolenie. Zawarte w wypowiedzeniu umowy zwolnienie z zakazu było właśnie takim zezwoleniem. Przeciwnik mógł więc prowadzić działalność konkurencyjną, a zatem nie było podstaw, by płacić mu za przestrzeganie zakazu.
Jeśli zadałeś sobie w tym momencie pytanie: „Dobrze, ale co w takim razie z klauzulą o konieczności pisemnego porozumienia z zwolnieniu z zakazu?”, to masz zadatki na prawnika – to samo zrobił pełnomocnik naszego przeciwnika? 🙂
Przekonaliśmy sąd, że nie ma w tym żadnej sprzeczności. Pisemne porozumienie było wymagane do definitywnego rozwiązania umowy o zakazie konkurencji. Jego brak powodował, że umowa ta obowiązywała nadal, aż do końca okresu na który została zawarta. Oznaczało to, że nasz klient mógł w każdej chwili zmienić swoje stanowisko, a wtedy odżyłoby jego zobowiązanie do zapłaty wynagrodzenia za przestrzeganie zakazu przez byłego menadżera. Dopóki jednak pozwalał mu na prowadzenie dowolnej działalności nie było żadnych podstaw do zapłaty.
Argumentowaliśmy zdroworozsądkowo, że umowa miała na celu ochronę klienta przed stratami, mogącymi powstać na skutek działań konkurencyjnych byłego menadżera, a nie zapewnienie mu rocznego pełnopłatnego urlopu.
Wygraliśmy tę sprawę, pomimo że nawet klient na początku nie bardzo w to wierzył. Tego ryzyka można było jednak uniknąć poprzez odpowiednie sporządzenie umowy.
Ten proces, podobnie jak setki innych, składają się na zasób doświadczenia, które wykorzystujemy przy sporządzaniu i negocjowaniu umów. Przedsiębiorcy starają się przewidzieć zagrożenia, które mogą wyniknąć z danej umowy. Przy ich pisaniu najczęściej korzystają ze swoich działów prawnych. Prawnicy in house to najczęściej świetni specjaliści, płynnie poruszający się w morzu niszowych regulacji dot. danej branży, jednak zazwyczaj nie mają komfortu uczenia się na cudzych błędach. Dopiero bogate doświadczenie procesowe w sporach o treść umów pozwala przewidzieć na najwcześniejszym etapie co może pójść nie tak.
Jeśli chcesz mieć pewność, że umowa Cię odpowiednio zabezpiecza, jesteśmy ludźmi, których szukasz. Jeżeli zagrożenie się już urzeczywistniło, tak jak w przypadku opisanego klienta, to mamy nadzieję, że właśnie wybierasz nasz numer. 🙂
W biznesie nigdy nie ma gwarancji sukcesu. Prawdopodobnie każdy przedsiębiorca znajdzie się kiedyś w sytuacji gdy jego inwestycja nie wypali. To z kolei wiąże się z ryzykiem braku środków na spłatę zobowiązań.
Właśnie w takiej sytuacji znalazł się jeden z naszych klientów. Spółka z o. o. wynajęła na rok dużą powierzchnię reklamową na elewacji budynku. Miesięczny czynsz wynosił ok. 27.000 zł.
W prawie cywilnym obowiązuje zasada, że umowy zawarte na czas określony mają być trwałe i nie da się ich jednostronnie rozwiązać, jeśli strony nie zawarły odpowiedniej klauzuli w treści kontraktu. Tak właśnie było w przypadku naszego klienta.
Niestety klient prawie od początku nie płacił czynszu. Klient prosił wynajmującego o rozwiązanie umowy jednak spotkał się z odmową. Z uwagi na nieprzewidziany kryzys na rynku, wynajmujący obawiał się, że nie znajdzie innego najemcy. Zamiast tego odczekał do końca okresu obowiązywania umowy i pozwał naszego klienta o zapłatę zaległego czynszu wraz z odsetkami.
Nie wzięliśmy udziału w procesie przed sądem I instancji. Klient działał samodzielnie, ale jego sytuacja procesowa była bardzo trudna. Dowody były bezdyskusyjne, a stan faktyczny właściwie bezsporny. Jego jedynym pomysłem na obronę było podważanie ważności umowy.
Spółka, która była naszym klient miała dwuosobowy zarząd. Zgodnie z umową spółki i wpisem do Krajowego Rejestru Sądowego, prezes zarządu był uprawniony do samodzielnego zaciągania zobowiązań do wartości 30.000 zł, a powyżej tej kwoty było wymagane łączne działanie obu członków zarządu. Umowę najmu powierzchni reklamowej zawarł samodzielnie prezes, więc spółka w procesie twierdziła, że skoro zawarcie umowy ewidentnie doprowadziło do zadłużenia przewyższającego 30.000 zł, to wymagana była łączna reprezentacja.
Sąd I instancji nie podzielił tej argumentacji. W uzasadnieniu wyroku powołał się na następujący pogląd Sądu Najwyższego (SN):
Artykuł 230 kodeksu spółek handlowych (k.s.h.) nakłada zaciągnięcie przez spółkę z o.o. zobowiązania do świadczenia o wartości dwukrotnie przewyższającej wysokość kapitału zakładowego wymaga uchwały wspólników. W kontekście umowy najmu, Sąd Najwyższy stwierdził, że przy określaniu wartości świadczenia w rozumieniu art. 230 k.s.h. uwzględnia się pojedynczego świadczenia w postaci miesięcznego czynszu, a nie ich sumę za cały czas trwania umowy.
Klient zgłosił się do nas już po wyroku I instancji, bez wielkich nadziei na wygraną. Oczekiwał od nas przede wszystkim maksymalnego przedłużenia procesu, by opóźnić egzekucję i kupić czas na zgromadzenie środków do zapłaty wynagrodzenia.
Przegrana sprawa i niecałe dwa tygodnie na napisanie apelacji… Takie sytuacje lubimy najbardziej, bo dają nam możliwość wykazania się:) Nie jesteśmy magikami i nie wyczarujemy nagle nowych dowodów, ale gdy fakty są przeciwko naszemu klientowi, to przenosimy walkę na ring sporu prawnego, a tam jesteśmy zawodnikami wagi ciężkiej.
Zamiast kwestionować orzeczenie SN, które przywołał sąd I instancji stwierdziliśmy, że… miał rację i ten pogląd doskonale pasuje do naszej sprawy. Tyle tylko, że sąd I instancji niedokładnie przeczytał wyrok SN.
W art. 230 k.s.h., którym zajmował się SN konieczność podjęcia uchwały była uzależniona od wartości świadczenia, a w naszej sprawie reprezentacja łączna przed dwóch członków zarządu zależałą od wartości zobowiązania. Z jednego zobowiązania może wynikać tymczasem wiele świadczeń. Tak właśnie jest w przypadku umowy najmu, która przewiduje tyle świadczeń, ile okresów rozliczeniowych. Wartością zobowiązania jest więc suma czynszu za czas obowiązywania umowy.
Sąd Apelacyjny podzielił nasz pogląd, uznał umowę za nieważną i oddalił powództwo w całości. Co więcej, z uwagi na czas tego procesu, nie było nawet zagrożenia, że wynajmujący ponownie skutecznie pozwie naszego klienta o zapłatę, np. z tytułu bezpodstawnego wzbogacenia. Wszelkie roszczenia uległy przedawnieniu.
Zdajemy sobie sprawę, że ten przypadek jest kontrowersyjny i może naruszać poczucie sprawiedliwości. Nasz klient otrzymał od drugiej strony wartościową usługę, za którą nie musiał zapłacić. Realia obrotu gospodarczego a zwłaszcza procesów sądowych są jednak brutalne – często wygrywa nie ten, kto ma moralną rację, lecz ten, kto ma lepszego prawnika. Naszym zadaniem nie jest osądzanie klientów, lecz pomaganie im.
Jeśli wpadłeś w kłopoty i nie dajesz rady wywiązać się ze swoich zobowiązań u nas nie znajdziesz pouczania, tylko pomocną dłoń.
Do kancelarii zwrócił się klient, który prowadził restaurację w ramach popularnej sieci franczyzowej. Poinformował nas, że wskutek konfliktu z franczyzodawcą i wypowiedzenia umowy franczyzy nałożono na niego karę umowną w wysokości 100 000,00 zł. Co więcej, jak wynikało z treści pozwu, strona powodowa dochodziła jedynie części roszczenia, sugerując, że w przypadku uzyskania korzystnego rezultatu podwoi swoje żądania.
Standardowo zaczęliśmy od lektury pozwu oraz ustalenia stanu faktycznego z naszym klientem. Jak już wspomnieliśmy zakończył on współpracę z franczyzą w niezbyt sprzyjających okolicznościach. Jednakże nie to stanowiło podstawę dochodzonej kary – w umowie nasz klient zobowiązał się do zwrotu Podręcznika Operacyjnego w terminie 7 dni od daty zakończenia obowiązywania umowy, zaś każdy dzień zwłoki w zwrocie dokumentu skutkował naliczeniem kary umownej w wysokości 500,00 zł. A że od daty rozwiązania umowy upłynął ponad rok… przystąpiliśmy do działania. Sytuację komplikował fakt, że nasz klient nie był w stanie przekonująco wyjaśnić dlaczego do tej pory nie zwrócił dokumentów.
Zanim przejdziemy do sedna wyjaśnijmy krótko czym jest ów Podręcznik Operacyjny. W obowiązujących przepisach prawa na próżno szukać jego definicji. Jest to jednak nic innego jak dokument stanowiący zbiór zasad, wskazówek i innych informacji, których celem jest umożliwienie i pomoc franczyzobiorcy w prowadzeniu działalności franczyzowej. Innymi słowy – know-how.
Przygotowując odpowiedź na pozew, zastosowaliśmy tak zwaną metodę schodkową, czyli użyliśmy od razu wszystkich możliwych zarzutów. W ten sposób wiedzieliśmy, że unikniemy negatywnych konsekwencji w sytuacji, jeżeli sąd nie podzieli części z naszych argumentów. Jest to szczególnie ważne w postępowaniu gospodarczym, gdzie strona pozwana musi przedstawić wszystkie wnioski, twierdzenia oraz dowody na ich poparcie już w odpowiedzi na pozew pod rygorem utarty możliwości ich powołania na późniejszym etapie. Zaczęliśmy, bazując na stanowisku doktryny oraz orzecznictwie Sądu Najwyższego, od najdalej idącego zarzutu dotyczącego nieważności kary umownej z uwagi na niedookreślenie jej maksymalnej wysokości. Następnie przeszliśmy bezpośrednio do wykazania braku podstaw do obciążenia naszego klienta karą umowną. W pierwszej kolejności skupiliśmy się na odbiorczym charakterze długu niepieniężnego jakim jest zwrot dokumentu oraz braku szkody po stronie pozwanej, by ostatecznie przedstawić sądowi szeroką argumentację dotyczącą rażącego wygórowania określonej w umowie kary oraz zasadności (i konieczności) jej miarkowania.
Ostatni z zarzutów okazał się dosłownym strzałem w dziesiątkę. Sąd podzielił naszą argumentację w zakresie dotyczącym zasadności ograniczenia kary umownej, którą obciążono naszego klienta i zasądził od niego na rzecz powoda tylko 10 000,00 zł, tj. 10% dochodzonego roszczenia. Ponadto sąd przyznał na rzecz naszego klienta koszty postępowania w wysokości 3833,60 zł. Tym samym, po dokonanym potrąceniu, nasz klient musiał zapłacić jedynie 6166,40 zł, czyli nieco ponad 6% początkowej kwoty. Co więcej, z uwagi na niekorzystny rezultat, przeciwnik naszego klienta zrezygnował z dochodzenia dalszych roszczeń.
Zapoznamy się z potrzebami firmy, oraz przygotujemy listę rekomendacji.
Określimy wymagany zakres prac oraz przedstawimy jasną kwotę ryczałtową.
Realizujemy zadania zaczynając od najpilniejszych.